Przejdź do głównej zawartości

Moje wrażenia po RAW Reunion (Uwaga na spoilery!)


Zeszłej nocy byliśmy świadkami RAW Reunion, które oglądało mi się o dziwo dosyć dobrze. Jednak czy to oznacza, że jestem w stanie powiedzieć, że ostatnie RAW było dobre? Z perspektywy zwykłego oglądającego show widza jestem skłonny powiedzieć tak, jednak z perspektywy fana wrestlingu.. już mam kilka zastrzeżeń.

Na początku przyjrzę się samemu motywowi RAW, czyli powrotowi legend na tę jedną noc. Czy był to potrzebny zabieg tuż przed samym Royal Rumble? Nie sądzę. Sam bym chyba wolał żeby ten motyw został użyty w bardziej zastojowym momencie kalendarza WWE niż przed Royal Rumble gdzie jest co promować. Gdy WWE już najwidoczniej chce zrobić coś wielkiego (ciąg dalszy tego wątku na końcu) najwidoczniej chce już to zrobić z największym rozmachem. Przez co dostaliśmy legendy, które nie wiedziały chyba same co mają na celu ich segmenty.


Na sam początek zajmę się segment z udziałem legend, przy którym chyba będę miał najmniej do powiedzenia na temat samych legend. Sam segment gdy oglądałem galę rano bądź co bądź sprawił, że na mojej twarzy zagościł uśmiech i poczułem się usatysfakcjonowany pojawieniem się tylu legendarnych Tag Team'ów. Zwłaszcza gdy JBL wstał od stołu i ukazał swoją koszulkę z APA! Nie mogłem już się doczekać aż usłyszę DAMN! Niestety się nie doczekałem. Sam sens segmentu jednak nie był na tyle dobry jak sam widok dobrze znanych nam postaci. Jeszcze przed pojawieniem się The Ascension w głównym rostrze miałem spore oczekiwania co do tego Tag Teamu, a ten segment niestety zostawił w mojej głowie wrażenie, że to nie wypali. The Ascension wychodząc ostatnimi czasu do ringu z mikrofonami okrzykiwało się najlepszym Tag Team'em w historii i w sumie nie oszukujmy się, że na tym opierał się ich gimmick. W momencie gdy teraz zostali upokorzeni przez Tag Teamy, od których uważali się lepsi co oni powiedzą następnym razem gdy dostaną mikrofony do ręki? Cały motyw w okół, którego ta drużyna była budowana prysnął i nie sądzę by zostało to uratowane przez bardzo prawdopodobne zwycięstwo nad New Age Outlaws podczas Royal Rumble.


Już bym wolał gdyby wszystkie drużyny dorzuciły od siebie po jakimś ataku, a oni po prostu ulotnili się w ringu zamiast fakt, że zostali pokonani przez jeden Tag Team jak banda jobberów, którymi sami tak miotają na galach. To co jednak również mnie rozczarowało już prawdopodobnie nie jest winą bookingu WWE chociaż kto wie kto rozpisuje im te speeche. Panowie z The Ascension po prostu po raz kolejny moim zdaniem okazali się słabi za mikrofonem. Dzisiejszy speech był strasznie sztuczny i bez żadnych emocji, którymi mogliby mnie zainteresować i to nie tyczy się chyba tylko mnie. Wystarczy się wsłuchać jaką reakcją zebrali podczas swojego wejścia. I nie! To nic z Waszym sprzętem audio. To prawdziwa cisza jak ta, która nadchodzi jak na razie z horyzontu kariery The Ascension, niestety.

Shawn Michaels, Hulk Hogan,  Ric Flair, czyli skład, który już znamy z podobnych tego typu segmentów. Te trzy legendy tym razem skupiły się na Royal Rumble Matchu i w sumie z mojej perspektywy fana nic nie wnieśli jeśli chodzi o promocję samej walki. Powiedzieli rzeczy, które już znamy, a ich typy zwycięzców interpretował bym jako najbardziej prawdopodobny skład kończący najbliższy Royal Rumble Match, ale nie sądzę by był wśród nich zwycięzca. To by było zbyt proste i te typy bym upatrywał bardziej jako odciągnięcie uwagi od prawdziwego zwycięzcy. Chociaż rzeczywiście Daniel Bryan w tym wypadku może namieszać i zrzucić z pozycji potencjalnego zwycięzcy Romana Reigns'a. Jednak nie widzę szans na wygranie ani Ambrose'a ani Wyatt'a chociaż nie ukryję, że nie obraziłbym się. Można było się spodziewać, że pojawi się w końcu ktoś w tym segmencie kto podważy autorytet legend no i mamy Big Show'a, który mnie już osobiście męczy tak wysoko w karcie. Końcówka segmentu idealnie pokazała jaki udział będzie miał gigant w Royal Rumble Matchu. Zostanie wyrzucony przez Reigns'a. A to zdjęcie niech posłuży jako przykład co do twardości jaka idzie za słowami giganta.



 Sam moment, w którym Flair zaczął atakować Show'a moim zdaniem był strasznie żenujący i nie potrzebny. Z ust samego Romana jako potencjalnego zwycięzcy Royal Rumble brakowało jakiegokolwiek speechu. Pozbycie się Show'a w ringu standardowym schematem akcji raczej nie zbuduje z niego godnego zwycięzcy Royal Rumble, a szkoda jeśli po walce okażę się, że już za późno. Jako najjaśniejszy punkt segmentu oceniam Shawn'a Michaels'a, a zwłaszcza fragment, w którym z Hulksterem nawiązali do swojej walki z 2005 roku, która cóż. Była porażką. Dla podsumowania:



Ogólnie same Legendy, które miały być motywem przewodnim gali nic nie wniosły i WWE chyba poszło tokiem myślenia, że samo sprowadzenie ich wystarczy. Może i rzeczywiście nazwiska przyciągnęły przed telewizor więcej osób jednak czy pozostawiły te osoby po seansie usatysfakcjonowane? Mnie osobiście nie. Żaden z segmentów szczerze mówiąc nic nie wniósł, a legendy były tłem dla gali, na którym chyba nie do końca wiadomo co zrobić. Jedynie ten krótki z udziałem legend i Sandow'a na zapleczu sprawił, że się uśmiechnąłem jednak czy on coś zmienił? Nie. Przejdę do wisienki na torcie.



Pojawienie się Stinga było ogromny zaskoczeniem dla mnie bo nie spodziewałem się, że nastąpi to w tak prostych okolicznościach no, ale cóż. Musiał nastąpić moment, w którym feud z Triple H'em ruszy z miejsca. No i udało się. Zdenerwowany Triple H na Stinga jest już dla mnie pewną zapowiedzią ich pojedynku na najbliższej Wrestlemanii. Łatwo wyciągnąć z wypowiedzi Huntera, że nadszedł czas by wyciągnąć konsekwencje. Co sądzę o samym występie Stinga i wykorzystaniu go? Na pewno nie ma czym się zachwycać. Chwilowy moment Sting miał, ale bardzo krótki. Ja bym chyba ograniczył się do samego widoku Stinga na titantronie. Najpierw stoi bezruchu tak jak na początku, a potem gdy już Cena zgarnia przypięcie spogląda w stronę Triple H'a i obraz gaśnie. No bo w sumie wszedł na chwilę na arenę i szybko o nim zapomniano. Samemu występowi należy jednak przyznać, że to co miał zrobić czyli przypomnieć o potencjalnej walce z HHH zrobił tak jak miał zrobić. Znów Sting pokrzyżował plany Authority i te ma podstawy by zacząć działać. Nawet element zaskoczenia udało się WWE zachować więc miło. Na szali walki wieczoru, bo to był Handicap Match 3 vs 1: Big Show, Kane, Rollins vs Cena jakby ktoś nie wiedział była praca Ziggler'a, Rowan'a i Ryback'a więc cieszy mnie zwycięstwo Ceny i powrót tych zawodników, a zwłaszcza Dolph'a. Liczę na dobry występ tego zawodnika w Royal Rumble Matchu!


Jednak czy Sting był wisienką na torcie show? Może i jego występ był fajnym elementem gali to tym najbardziej jasnym okazał się Brock Lesnar. I nie wiem jak wy, ale ja nie spodziewałem się, że po tych kilku miesiącach nadejdzie moment gdy powiem, że mistrz WWE jest najjaśniejszym punktem gali. To dla mnie ogromne zaskoczenie jednak Brock wziął te RAW w swoje ręce i nim zatrząsnął. Gala rozpoczęła się segmentem, w którym Brock wyzwał do ringu Rollins'a i to już mi się spodobało gdyż nie dał dojść do słowa Heyman'owi i przeszedł do konkretów. Idealny obraz bestii to ten kiedy nikt nie może jej zatrzymać, w tym wypadku nawet Paul. Przez moment kiedy Lesnar chciał walczyć z Triple H oraz moment kiedy po pojawieniu się Stinga wszedł do ringu i rozwalił jak bandę marionetek Show'a i Kane'a stworzył wrażenie strasznie face'owskie podczas tej gali. Widownia strasznie żywo reagowała na niego i dzisiejszy występ Brock'a był dla mnie naprawdę bardzo satysfakcjonujący. Tak jak rzadko oglądamy mistrza, dziś obejrzeliśmy go w jego najlepszej formie i to właśnie Brock okazał się moim zdaniem najjaśniejszym punktem gali na tle legend, a nawet Stinga, który niestety aż tak wiele nie zdołał zrobić podczas tej gali. 

Ja osobiście jestem zadowolony z podbudowy starcia o pas WWE. W pewnym momencie kiedy wszyscy zaczęli obrzucać Cene, że jest nieudacznikiem i nic mu się nie udaje przestraszyłem się, że może to wskazywać na jego zwycięstwo. I cóż nie możemy tego wykluczyć. Taki dobry wieczór dla Lesnara może oznaczać, że ten na Royal Rumble nie będzie już taki udany bo z reguły ten kto świętuje przed PPV, obrywa na nim. Czarnym koniem absolutnie jest jednak Seth Rollins i bardzo cieszę się z jego udziału w tej walce gdyż ostatnio dojrzał jako Main Eventer i nie wykluczam scenariusza, w którym Cena zdobywa pas pinując Rollinsa, po walce Brock zajmuje się Cenom w momencie gdy Seth dochodzi do siebie poza ringiem, a potem gdy Brock ulatnia się z ringu np, Seth wraca do niego inkasując walizkę. Czy to by nie było interesujące? Mam nadzieję, że WWE dobrze to rozegra. Jeśli myśli o zwycięzcy z dwójki Lesnar-Cena i nie wykorzystaniu Rollinsa w pełni jako czarnego konia, niech zwycięzcą będzie Brock i pokaże swoją dominację aż do samej Wrestlemani gdzie ktoś wybudzi go ze snu. Jednak patrząc na to z podbudowy Royal Rumble nie jestem tak zadowolony jak z podbudowy walki o pas WWE. Może źle to ująłem. Royal Rumble Match sam w sobie jest walką, której nie trzeba reklamować jednak zwycięzca.. w pewnym sensie tak. Jak na razie moim zdaniem żadna postać nie jest na tyle dobrze wypromowana by móc wygrać ten wielki Main Event i stanąć na przeciwko np. Lesnara podczas Wrestlemanii. Chyba największy hype do tego ma Bryan i to by chyba było najlepsze rozwiązanie z tych prawdopodobnych bo czy Reigns jest tym, który by udźwignął pokonanie Brock'a będącego w tak świetnej formie? Do tego trzeba naprawdę mocnej promocji, a jak na razie na stan przed Royal Rumble Roman nie jest na tyle wiarygodny. Nie będę jednak wybiegał tak bardzo w przód. Przekonamy się w niedziele.

Takie są moje wrażenia, a jakie są Wasze?

Komentarze